Felietony Posła

Odgrzewany kotlet już nie smakuje

Opublikowano 2 lutego 2013 r., 20. 00

Mimo, że do znudzenia w okresie od lipca do października 2012 r. mieliśmy okazję słuchać o tym, że powoływany jest alternatywny rząd jego temat, jak mantra powraca w największej z opozycyjnych partii. Najnowszym wcieleniem jest złożony ostatnio do laski marszałkowskiej wniosek o konstruktywne votum nieufności, nad którym Sejm obradował będzie na posiedzeniu w dniach 20-22 lutego. Pomysł ten, mimo iż uprzedzony przez głosowanie nad votum zaufania o jakie wnioskował premier, i z którego koalicja PO-PSL wyszła zwycięsko ma przede wszystkim na celu zwrócenie uwagi na jego autorów oraz zniwelować dające się zauważyć ich wewnętrzne konflikty. Osobiście samą inicjatywę postrzegam przez pryzmat pokazania siebie za wszelką cenę. Swoiste zastosowanie już dawno martwej maksymy „ruch jest wszystkim, cel jest niczym”, co więcej popartego pełną świadomością, iż – przynajmniej w ramach najbliższego głosowania - nie uda się go zrealizować, zwłaszcza, że niecałe trzy miesiące wcześniej w znacznie łatwiejszym głosowaniu inicjatywa poległa.

 

Przypomnę przy tym, że głosowanie o votum zaufania od głosowania nad konstruktywnym votum nieufności różni się tym, iż w przypadku tego pierwszego to rząd musi zgromadzić poparcie większości parlamentarnej, a w przypadku konstruktywnego votum nieufności to po stronie opozycji leży zgromadzenie tejże większości oraz desygnowanie kandydata na premiera. Ta na pozór delikatna różnica powoduje zasadniczą zmianę optyki spoglądania na salę plenarną, dającą się namacalny efekt w postaci konieczności zorganizowania mniejszej, bądź większej liczby posłów optujących za danym rozwiązaniem. Wymiernie powoduje to, że votum zaufania dla rządu jest łatwiejsze do wygrania, niż konstruktywne votum nieufności. Jeśli zatem nie dalej, niż trzy miesiące temu proponowane te same rozwiązanie się nie udało - żeby nie powiedzieć że poniosło klęskę - to jedynie za grę pod publiczkę uznać należy dążenie do powtórzenia się w/w scenariusza.

 

Jasnym jest bowiem, że propozycja zgłoszenia bliżej nieznanego kandydata jakim jest prof. Glińskiego na najważniejsze pod względem kompetencji stanowisko w państwie musi zakładać porażkę samej idei. Rząd bezpartyjny, czy jak wolą mówić pomysłodawcy rząd ekspertów, który najpierw wywalczyć sobie musi poparcie różnych ugrupowań i następnie je utrzymać dla forsowania swoich projektów jest fikcją. Zwłaszcza w sytuacji, gdy proponująca go partia pozostaje w konflikcie ze wszystkimi innymi, które liczą się na scenie politycznej. Funkcja prezesa rady ministrów jest bowiem polityczną z samej swej natury. W każdym znanym mi demokratycznym ustroju za naturalne uważa się że lider partii, która wygrywa wybory, ze względu na zaufanie jakim go obdarzono obejmuje funkcję premiera. Posiada bowiem przymiot, którego nie da się zastąpić żadnym innym mianowicie legitymacje społeczną do rządzenia, którą wykazał wygrywając wraz z ugrupowaniem, któremu przewodzi wybory. Wszelkie inne rozwiązania polegające na wygrywaniu wyborów za kogoś, kto faktycznie obejmie funkcję pierwszego wśród ministrów są rozwiązaniami chybionymi. Premier w ten sposób desygnowany na swą funkcję zmuszony byłby bowiem dla ślepego posłuszeństwa wobec ugrupowania, które go wysunęło. Pozbawiony mandatu społecznego zawsze stał pod pręgieżem odwołania ze stanowiska poprzez wycofanie dla niego poparcia. Byłby tym samym chwiejny w swych działaniach próbując sprostać nie szerokiemu audytorium, które na określony czas przyznało mu mandat do rządzenia, lecz wąskiej elicie, która tylko chwilowo pozwoliła mu się zabawić w przywódcę. Byłby twarzą, ale nie głową i rękoma swojego gabinetu.

 

/-/ Killion Munyama